top of page

Co zobaczyć w Singapurze w 3 dni – nasz przewodnik

  • Edytka
  • 11 minutes ago
  • 18 min read

Singapur w 3 dni: nasz plan podróży

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Dzień 1 - pierwszy wieczór w Singapurze (hotel Waterloo)

Planując wakacje na Bali, od razu wiedzieliśmy, że nie polecimy tam bezpośrednio – po drodze koniecznie chcieliśmy zobaczyć też Singapur. Tak powstał plan na dwutygodniową podróż przez Singapur i Bali: trzy dni w Singapurze (dwa na początku pobytu i jeden na końcu) i tydzień na Bali pomiędzy nimi, w czwórkę – ja z mężem i moja siostra z mężem. Jeśli zastanawiacie się, czy da się sensownie połączyć te dwa kierunki w jednym wyjeździe, odpowiedź brzmi: tak.

Singapur lubi zaczynać znajomość od pokazania dwóch swoich twarzy naraz. Można tu zjeść pełnowartościowy obiad za pięć dolarów na hałaśliwym hawkerze i godzinę później wjechać szklaną windą na trzydzieste piąte piętro hotelu, z którego okien miasto wygląda jak makieta. My poznaliśmy to miasto właśnie w takiej kolejności – zaczęliśmy od taniej, kameralnej dzielnicy tuż za Bugis, a kończyliśmy w obrośniętej zielenią, tarasowej wieży przy słynnej Orchard Road. Ale do tego dojdziemy. Najpierw był pierwszy wieczór.


Przylot do Singapuru i dojazd Grabem z lotniska Changi

Nasza podróż do Singapuru zaczęła się w Berlinie, skąd polecieliśmy liniami Turkish Airlines, z przesiadką w Istambule. To akurat połączenie, które mogę spokojnie polecić: Turkish Airlines w 2025 roku zdobyły tytuł Best Airline in Europe na gali Skytrax już po dziesiąty raz, a do tego latają do większej liczby krajów niż jakikolwiek inny przewoźnik na świecie, co w praktyce oznacza naprawdę wygodne połączenia z Europy do Azji, bez konieczności szukania mniej oczywistych tras. Przesiadka w Istambule może brzmieć jak strata czasu, ale w naszym przypadku wyszła na plus – samo lotnisko jest nowe i sprawne, a długi odcinek do Singapuru umiliło naprawdę dobre menu na pokładzie (linia regularnie zdobywa nagrody właśnie za catering, również w klasie ekonomicznej).

Wegetariańskie danie na pokładzie samolotu Turkish Airlines
Vegetariański catering na pokładzie samolotu Turkish Airlines
Blue iGA Lounge Pop Up sign at an airport terminal entrance, with glass walls, columns, and a red coffee ad nearby
Trzy godziny relaksu w iGA Lounge na lotnisku w Stambule – idealna przerwa między lotami przed dalszą podróżą

Po kilkunastogodzinnej podróży nasza czwórka wylądowała w Singapurze. Singapurskie Changi od lat zbiera tytuły najlepszego lotniska świata i już samo przejście przez hale przylotów to dobra próbka tego, co czeka na zewnątrz: czysto, sprawnie, zero chaosu, mimo że to jeden z bardziej obleganych hubów w tej części świata. Po kilkunastu godzinach w powietrzu człowiek nie ma już siły na zwiedzanie ogrodów w terminalu – chce tylko dotrzeć do łóżka, więc od razu ruszyliśmy w stronę wyjścia.

Indoor tropical garden under a glass dome, with a LEGO Jewel Blooms display, escalator, and visitors walking around.
Wnętrze Jewel Changi Airport – szklana kopuła nad Rain Vortex. Lotnisko, które samo w sobie jest atrakcją turystyczną

Z lotniska do hotelu nie szukaliśmy już taksówki – po prostu odpaliliśmy aplikację Grab, czyli lokalny odpowiednik Ubera czy Bolta. Podpięta karta, zamówiony przejazd, kierowca podjeżdża w wyznaczone miejsce (u nas była to strefa przy drzwiach nr 8), zero płacenia na miejscu. Cały kurs dla czterech osób z bagażami zajął około 30 minut i kosztował 34 SGD, czyli w przeliczeniu ok. 97 zł (kurs SGD/PLN ok. 2,86 – warto sprawdzić aktualny przed swoim wyjazdem). Dla porównania – według naszych obliczeń oficjalna taksówka wyszłaby jakieś 40% drożej. Jeśli planujecie Singapur, Grab to pierwsza aplikacja, którą warto sobie ściągnąć jeszcze przed wylotem.

Hotel Waterloo Singapore – recenzja noclegu w Bras Basah

Hotel, w którym mieliśmy spędzić pierwsze dwie noce, leży w dzielnicy znanej jako Bras Basah. Bugis – to historyczna część miasta, którą Singapurczycy nazywają dzielnicą sztuki i kultury, a która słynie też z czegoś znacznie mniej oczywistego: tuż przy naszej ulicy, Waterloo Street, stoją obok siebie hinduistyczna świątynia Sri Krishnan i chińska Kwan Im Thong Hood Cho – dwie różne religie, jedna ulica, żadnych barier. W ciągu dnia płynie tędy chińska "Street of Harmony", pełna sprzedawców kwiatów i kadzideł, w nocy robi się cicho i spokojnie, choć do stacji metra (Bencoolen, Bras Basah, Bugis) idzie się stąd raptem kilka minut.

Hotel Waterloo Singapore
Hotel Waterloo Singapore

Hotel Waterloo Singapore – Handwritten Collection to budżetowa, ale bardzo nowoczesna propozycja: w lobby zameldujemy się sami przez self check-in, a w pokoju czeka głosowy asystent AI, który (jeśli wierzyć opisom) potrafi nawet zamówić robota z dostawą drobiazgów pod drzwi. Nasze pokoje typu Superior miały po 15 m² – małe, ale czyste, z klimatyzacją i tym nowoczesnym sznytem, który zupełnie nie przypomina budżetowych hoteli, jakie znamy z innych części świata.

Niewielki, ale bardzo czysty pokój w hotelu Waterloo Singapore
Niewielki, ale bardzo czysty pokój w hotelu Waterloo Singapore
Przedpokój z umywalką :)
Przedpokój z umywalką :)
Zewnętrzny basen w Hotelu Waterloo Singapore
Zewnętrzny basen w Hotelu Waterloo Singapore

Za pokój za dwie doby zapłaciliśmy 414 SGD plus podatki i opłata za obsługę – w sumie 496,39 SGD, czyli w przeliczeniu ok. 1420 zł za dwie noce (ok. 710 zł za dobę). Jak na Singapur, gdzie ceny noclegów potrafią przerażać, to było naprawdę przyzwoicie. Tuż na wprost wejścia, po drugiej stronie ulicy, czekała na nas chińska jadłodajnia – i to właśnie tam zjedliśmy nasz pierwszy posiłek w Singapurze.

Chińska jedłodajnia na przeciwko hotelu Waterloo Singapore
Chińska jedłodajnia na przeciwko hotelu Waterloo Singapore

Śniadania w Waterloo były dokładnie tym, czego można się spodziewać po hotelu z tej kategorii cenowej – bufet kontynentalny z elementami amerykańskimi: jajka na różne sposoby, pieczywo, wędliny, owoce, trochę lokalnych dodatków. Nic wystawnego, żadnych fajerwerków, ale w pełni wystarczające, żeby najeść się przed całym dniem zwiedzania. Jedna rzecz nas jednak zaskoczyła – i to akurat na plus. Singapur słynie z bardzo wilgotnego, tropikalnego klimatu (w czerwcu temperatury w dzień sięgają 31°C, a wilgotność powietrza utrzymuje się gdzieś między 70 a 90%), więc dobrze działająca klimatyzacja jest tu właściwie towarem pierwszej potrzeby. W naszym hotelu była nie tylko cicha – w pokojach w ogóle jej nie słyszeliśmy – ale w restauracji śniadaniowej ustawiona była na tyle mocno, że schodziliśmy na posiłek w bluzach. Brzmi jak drobiazg, ale po wyjściu na zewnątrz, w pełną wilgoć i upał, robiło to spore wrażenie – i przez chwilę człowiek nie wiedział, czy bardziej brakuje mu klimatyzacji, czy przed chwilą marzł niepotrzebnie.


Dzień 2 w Singapurze – Ogród Botaniczny, Chinatown i Marina Bay

Ogród Botaniczny w Singapurze – spokojny początek dnia

Po intensywnym pierwszym dniu zostawiliśmy sobie spokojniejszy start. Rano, zamiast od razu rzucać się w wir miasta, pojechaliśmy do Singapore Botanic Gardens – ogrodu, który Singapurczycy traktują nie tylko jako atrakcję turystyczną, ale jako prawdziwe miejskie płuca.

Teoretycznie da się tam dojechać metrem bez przesiadki – stacja Bras Basah (Circle Line), najbliższa naszemu hotelowi, i stacja Botanic Gardens (Circle Line/Downtown Line) leżą na tej samej linii. W praktyce sama podróż pociągiem zajmuje ok. 25–30 minut (Botanic Gardens to siedemnasta stacja od Bras Basah w tym kierunku). Stacja znajduje się przy bramie Bukit Timah Gate, czyli po przeciwnej stronie parku niż National Orchid Garden. Do ogrodu trzeba więc jeszcze dojść dodatkowe 25–30 minut przez park (można skrócić sobie drogę autobusem). Alternatywą jest stacja Napier na linii Thomson-East Coast – leży bliżej Tanglin Gate, ale wymaga przesiadki.

Dla dwóch par taki rachunek i tak wychodzi na korzyść Graba – choć nie ze względu na samą cenę. Przejazd pod samą bramę ogrodu kosztował nas ok. 20 SGD (czyli w przeliczeniu ok. 57 zł) – to więcej niż bilety metra dla czworga (przy tej odległości to raczej ok. 8 SGD za całą grupę). Zapłaciliśmy więc trochę więcej, ale zaoszczędziliśmy czas i energię, jakie pochłonęłyby dojście do stacji, samą jazdę i kolejny spacer w głąb parku po wyjściu z metra. Kiedy podróżuje się w większej grupie, taka niewielka nadpłata zwykle się opłaca.

Wejście do samych Ogrodów Botanicznych jest bezpłatne, a sam teren ogrodów jest naprawdę ogromny – zanim dotarliśmy do kasy National Orchid Garden, minęło dobre pół godziny. W spokojnym tempie spacerowaliśmy wśród tropikalnej roślinności, mijając jeziora i pawilony.

Pomarańczowo-czerwone heliconie nad spokojnym jeziorem w Singapore Botanic Gardens
Pomarańczowo-czerwone heliconie nad spokojnym jeziorem w Singapore Botanic Gardens
Kaskadowa sadzawka z rzeźbami żurawi, otoczona storczykami – jeden z najbardziej fotogenicznych zakątków National Orchid Garden
Kaskadowa sadzawka z rzeźbami żurawi, otoczona storczykami – jeden z najbardziej fotogenicznych zakątków National Orchid Garden
Zabytkowy zegar przy wejściu do Ginger Garden, otoczony kwitnącymi storczykami – jeden z charakterystycznych punktów Singapore Botanic Gardens
Zabytkowy zegar przy wejściu do Ginger Garden, otoczony kwitnącymi storczykami – jeden z charakterystycznych punktów Singapore Botanic Gardens

Kiedy doszliśmy do płatnej części – Narodowego Ogrodu Orchidei – zdecydowaliśmy się wejść i nie żałowaliśmy ani minuty. Bilet standardowy dla dorosłego kosztuje 15 SGD (ok. 43 zł), więc dla naszej czwórki wyszło 60 SGD, czyli w przeliczeniu ok. 172 zł – przy tym, co zobaczyliśmy, to drobna kwota.

National Orchid Garden to największy na świecie pokaz orchidei – ponad 1000 gatunków i 2000 hybryd w starannie zaprojektowanym, tropikalnym krajobrazie. Przechodziliśmy przez kolejne, zupełnie różne mikroklimaty: tajemniczy Secret Ravine, mglisty Tan Hoon Siang Mist House, kolekcję bromelii Yuen Peng McNeice i chłodzony Sembcorp Cool House, gdzie rosną orchidee z górskich, znacznie chłodniejszych regionów świata.

Storczyk z rodzaju Paphiopedilum, tzw. "obuwik" – charakterystyczny kształt przypominający pantofelek to znak rozpoznawczy tej grupy storczyków
Storczyk z rodzaju Paphiopedilum, tzw. "obuwik" – charakterystyczny kształt przypominający pantofelek to znak rozpoznawczy tej grupy storczyków

Każda część ma inny zapach, inną wilgotność, inne światło – więc zwiedzanie ani na moment nie robi się monotonne. Kwiaty w odcieniach, jakich nigdy wcześniej nie widziałam, ogromne, mięsiste listowie, powietrze gęste od zapachu wilgotnej ziemi – to miejsce naprawdę zapiera dech, nawet jeśli ktoś (jak ja) nie ma większego pojęcia o botanice.

Spokojne jezioro Symphony Lake otoczone zielenią – idealne miejsce na spacer z dala od miejskiego zgiełku Singapuru
Spokojne jezioro Symphony Lake otoczone zielenią – idealne miejsce na spacer z dala od miejskiego zgiełku Singapuru
Żółte storczyki Vanda wśród palm – jeden z tysięcy gatunków kwitnących w National Orchid Garden w Singapurze
Żółte storczyki Vanda wśród palm – jeden z tysięcy gatunków kwitnących w National Orchid Garden w Singapurze
Chwila ochłody pod sztuczną kaskadą wodną, ukrytą wśród bujnej tropikalnej roślinności ogrodu
Chwila ochłody pod sztuczną kaskadą wodną, ukrytą wśród bujnej tropikalnej roślinności ogrodu
Egzotyczne heliconie nad spokojnym jeziorem – kolejny kadr z bujnej zieleni Singapore Botanic Gardens
Egzotyczne heliconie nad spokojnym jeziorem – kolejny kadr z bujnej zieleni Singapore Botanic Gardens

Gdybym miała wskazać jedno miejsce w Singapurze, które jest czystym wytchnieniem – bez tłoku, bez pośpiechu, w otoczeniu wyłącznie zieleni – wskazałabym właśnie ten ogród. Na samo zwiedzanie warto zarezerwować minimum 3 godziny, a jeśli zostaniecie dłużej, też się nie będziecie nudzić.

Chinatown w Singapurze i Thian Hock Keng Temple

Z Ogrodu Botanicznego do Chinatown są dwie sensowne opcje przejazdu. Metro jedzie bezpośrednio, bez przesiadki (Downtown Line, dziewięć przystanków ze stacji Botanic Gardens do Telok Ayer, wyjście dosłownie przy bramie świątyni) – ok. 20 minut i kosztuje ok. 2 SGD na osobę. Grab to wygoda "od bramy do bramy", ale kosztuje wyraźnie więcej – przy tej odległości (ok. 9 km) liczcie się z ok. 18–22 SGD za kurs.

Sama świątynia, Thian Hock Keng, zaskakuje już z zewnątrz. Zaczęła swoje życie jako maleńka drewniana świątynia (tzw. joss house), zbudowana w latach 1821–1822 nad samym brzegiem morza – w tamtych czasach ulica Telok Ayer biegła wzdłuż linii wybrzeża, zanim w latach 80. XIX wieku zasypano zatokę i przesunięto granicę lądu kilka kilometrów dalej. To właśnie tutaj chińscy żeglarze i nowo przybyli imigranci z Fujian składali podziękowania bogini morza Mazu za bezpieczną podróż. W latach 1839–1842 skromną świątynię zastąpiono okazałą budowlą, sfinansowaną głównie przez społeczność Hokkien – największym darczyńcą był kupiec Tan Tock Seng. Całą konstrukcję złożono bez użycia choćby jednego gwoździa, a wszystkie materiały – kamień, drewno, dachówki – przypłynęły aż z Chin. Dopiero podczas renowacji w 1906 roku dodano elementy w zachodnim stylu: żeliwną bramę sprowadzoną aż z Glasgow oraz angielskie kafle na fasadzie. W 1973 roku świątynię wpisano na listę narodowych pomników Singapuru, a wielka renowacja z lat 1998–2000 zdobyła nawet wyróżnienie UNESCO

Fasada świątyni Thian Hock Keng – dach zdobiony rzeźbionymi smokami, jedna z najstarszych chińskich świątyń w Singapurze
Fasada świątyni Thian Hock Keng – dach zdobiony rzeźbionymi smokami, jedna z najstarszych chińskich świątyń w Singapurze

Na zdjęciu widać fasadę świątyni z drugiej strony ulicy. Charakterystyczne, wygięte do góry "jaskółcze ogony" dachów, na których grzebieniach tańczą cztery ceramiczne smoki wykonane w tradycyjnej technice jian nian (dosłownie "wycinaj i przyklejaj" – kolorowa ceramika cięta na drobne kawałki i układana w mozaiki). Widać czerwone latarnie przy wejściu, złocone belkowanie, kamienne płaskorzeźby na murach i żelazną bramę – tę samą, która przed ponad stu laty przypłynęła ze Szkocji. W tle, tuż za kalenicą świątyni, widać już szklaną wieżę hotelu Mercure – to pierwsza zapowiedź tego, co czeka kawałek dalej.

Widok przez główną bramę świątyni – kamienne lwy strażnicze (chi lin) po bokach, a w głębi dziedziniec z kadzielnicą
Widok przez główną bramę świątyni – kamienne lwy strażnicze (chi lin) po bokach, a w głębi dziedziniec z kadzielnicą

Kolejne zdjęcie to widok zrobiony już od wewnątrz głównej bramy. Po obu stronach wejścia stoją kamienne lwy strażnicze z czerwonymi kokardami na szyjach, a kolumny po bokach zdobią wyryte, wierszowane inskrypcje. W głębi, na dziedzińcu, stoi charakterystyczny, kryty zielonymi dachówkami pawilon z dużą metalową kadzielnicą do spalania kadzidła, a w głębi, pod okapem głównej hali, wisi cały rząd czerwonych i złotych lampionów. Tabliczka po prawej przypomina o zakazie fotografowania w "czerwonej strefie" – czyli w głównym sanktuarium, z szacunku do modlących się.

Kadzielnica wsparta na rzeźbionych słoniach, otoczona setkami czerwonych lampionów zwisających z dachu głównej sali świątyni Thian Hock Keng
Kadzielnica wsparta na rzeźbionych słoniach, otoczona setkami czerwonych lampionów zwisających z dachu głównej sali świątyni Thian Hock Keng
Wielka brązowa kadzielnica na dziedzińcu świątyni Thian Hock Keng, w tle nowoczesne wieżowce Singapuru.
Wielka brązowa kadzielnica na dziedzińcu świątyni Thian Hock Keng, w tle nowoczesne wieżowce Singapuru.

Kolejne zdjęcia pokazują może najbardziej wymowny kadr z całego dnia: wybrukowany dziedziniec między dwoma skrzydłami świątyni, na środku ogromna, ozdobna kadzielnica w kształcie starożytnego chińskiego naczynia ding, a w tle – nie inna świątynia czy zabytkowa kamienica, ale ściana szklanych wieżowców centrum biznesowego Singapuru. Stary i nowy Singapur stoją tu metr od siebie, bez żadnego buforu.

Dziedziniec świątyni Thian Hock Keng Temple w Chinatown - "Wishing Well" - studnia życzeń
Dziedziniec świątyni Thian Hock Keng Temple w Chinatown - "Wishing Well" - studnia życzeń

Na lunch zatrzymaliśmy się w Le Shan Cafe – kawiarni działającej w jednym z budynków na terenie samej świątyni, przy numerze 168 Telok Ayer Street. To miejsce ma swoją historię: budynek powstał jako siedziba Le Shan She, dobroczynnego towarzystwa założonego przez kupców Hokkien w 1881 roku, które prowadziło tu między innymi bezpłatną klinikę dla społeczności. Dziś działa tu niewielka kawiarnia z menu inspirowanym kuchnią lokalną i peranakańską (laksa, rendang z kurczaka, ayam tempra), kolorowym, mozaikowym wystrojem i nanyangską kawą i herbatą. Zamówiliśmy dwie wegetariańskie przekąski – "vegan oyster" (wegańską wersję dania z ostrygami, na bazie grzybów) i grzyby w sosie słodko-kwaśnym – za łącznie 8,60 SGD, czyli w przeliczeniu ok. 25 zł za dwie porcje. To był raczej lekki niż obfity lunch, w singapurskim upale i wilgoci w samo południe – w pełni wystarczający.

Le Shan Cafe - menu
Le Shan Cafe - menu

Sam Chinatown wokół świątyni ma zupełnie inny klimat niż kameralna okolica Waterloo Street. Telok Ayer Street to rząd kolorowych, odrestaurowanych kamieniczek-shophouses, wciśniętych dosłownie pod stopami wieżowców centralnego dystryktu biznesowego – idąc tymi wąskimi uliczkami, raz po raz zerkaliśmy w górę, żeby sprawdzić, czy fasada faktycznie kończy się gdzieś wyżej, czy może ciągnie się dalej w szkło i stal.

Merlion Park i rejs po Marina Bay – wieczór nad wodą

Na wieczór znowu zamówiliśmy Graba – tym razem do Merlion Park. Stamtąd zwiedziliśmy już pieszo wszystkie najważniejsze punkty: samego Merliona, czyli prawie dziewięciometrową figurę pół-lwa, pół-ryby, nieformalny symbol miasta.

Merlion – ikoniczny symbol Singapuru, na tle wieżowców dzielnicy finansowej i zabytkowego Fullerton Hotel
Merlion – ikoniczny symbol Singapuru, na tle wieżowców dzielnicy finansowej i zabytkowego Fullerton Hotel
Drapacze chmur nad Singapore River, w tym charakterystyczny biały budynek Bank of China
Drapacze chmur nad Singapore River, w tym charakterystyczny biały budynek Bank of China

Z parku roztaczał się już wieczorny widok na drugi brzeg zatoki, gdzie zaczynały się zapalać światła Marina Bay Sands. Stamtąd ruszyliśmy promenadą w stronę Clarke Quay, skąd wieczorem miał wyruszyć nasz rejs.

Zdecydowaliśmy się na rejs, który miał zabrać nas bliżej Marina Bay Sands, żebyśmy z bliska zobaczyli wieczorny spektakl światła i wody – w Singapurze ten pokaz nazywa się Spectra. Sam spektakl jest bezpłatny – każdy może go obejrzeć z promenady przy Event Plaza, tuż przy centrum handlowym pod hotelem, o 20:00 i 21:00 (w piątki i soboty dodatkowo o 22:00), a trwa około 15 minut. My postawiliśmy jednak na inną perspektywę: statek, który podpływa bezpośrednio pod trzy wieże Marina Bay Sands – te, które łączy charakterystyczny, przypominający kadłub statku SkyPark – i pozwala oglądać fontanny i światła z samej wody, z bliska, bez tłoku na promenadzie.

Marina Bay Sands – trzy wieże hotelowe zwieńczone słynnym tarasem widokowym w kształcie łodzi, jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków Singapuru
Marina Bay Sands – trzy wieże hotelowe zwieńczone słynnym tarasem widokowym w kształcie łodzi, jeden z najbardziej rozpoznawalnych widoków Singapuru
Kasa biletowa Singapore River Cruise – stąd startują tradycyjne bumboaty na wieczorny rejs po Singapore River
Kasa biletowa Singapore River Cruise – stąd startują tradycyjne bumboaty na wieczorny rejs po Singapore River

Oficjalna cena takiego rejsu to ok. 40 SGD od osoby (czyli ok. 114 zł), więc dla naszej czwórki wyszło w sumie ok. 160 SGD (ok. 458 zł). To nie jest tania atrakcja, zwłaszcza że sam pokaz można obejrzeć bezpłatnie z promenady – ale widok z wody, prosto pod fontannami, był tego warty.

Rozświetlona sylwetka dzielnicy finansowej odbija się w wodach zatoki – wieczorny rejs to jeden z najlepszych sposobów, by zobaczyć Singapur od innej strony
Rozświetlona sylwetka dzielnicy finansowej odbija się w wodach zatoki – wieczorny rejs to jeden z najlepszych sposobów, by zobaczyć Singapur od innej strony
Tradycyjna, kolorowa łódka (bumboat) mija oświetlone nabrzeże Clarke Quay podczas wieczornego rejsu po Singapore River
Tradycyjna, kolorowa łódka (bumboat) mija oświetlone nabrzeże Clarke Quay podczas wieczornego rejsu po Singapore River
Marina Bay Sands w karmazynowej iluminacji, z pokazem fontann Spectra na pierwszym planie – wieczorny widok z pokładu łodzi
Marina Bay Sands w karmazynowej iluminacji, z pokazem fontann Spectra na pierwszym planie – wieczorny widok z pokładu łodzi
Marina Bay Sands skąpany w niebieskim świetle – widok z pokładu łodzi, w tle charakterystyczna kopuła ArtScience Museum
Marina Bay Sands skąpany w niebieskim świetle – widok z pokładu łodzi, w tle charakterystyczna kopuła ArtScience Museum

Po rejsie wróciliśmy do hotelu znowu Grabem – następnego dnia czekał na nas już lot na Bali, więc lepiej było się wyspać.

Powrót do Singapuru – dwie noce w Pan Pacific Orchard

Po tygodniu na Bali wróciliśmy do Singapuru na ostatnie dwie noce przed lotem do domu – i to właśnie tutaj domyka się ta zapowiedź z samego początku tego wpisu. Tym razem zamiast budżetowego Waterloo Street czekał na nas Pan Pacific Orchard, hotel, o którym już wspominałam na wstępie – i naprawdę warto się przy nim zatrzymać choć na chwilę, bo to jeden z najbardziej nietypowych hoteli, w jakich nocowaliśmy.


Pan Pacific Orchard – cztery piętra zieleni w sercu Orchard Road

Pan Pacific Orchard otworzono w czerwcu 2023 roku i od razu okrzyknięto go "hotelem w naturze". Dwudziestotrzypiętrowy budynek zaprojektowany przez biuro WOHA Architects bywa porównywany do tropikalnej wieży z klocków Jenga, bo jego fasada to właściwie cztery, nałożone jedne na drugie, niezależne "piętra-ogrody": Forest Terrace, Beach Terrace, Garden Terrace i Cloud Terrace. Rośliny pokrywają ponad 200% powierzchni działki, na której stoi hotel – w sumie ok. 7300 m² zieleni rozłożonej na różnych poziomach budynku. W 2024 roku hotel zdobył tytuł Best Tall Building in the World od Council on Tall Buildings and Urban Habitat, a wcześniej – Asia's Leading New Hotel na World Travel Awards 2023.

Hotel Pan Pacific Orchard
Hotel Pan Pacific Orchard

Architektonicznie to budynek, który trudno pomylić z czymkolwiek innym w Singapurze – nie ma tu klasycznej, gładkiej fasady wieżowca, tylko wyraźnie odcięte od siebie, cofnięte i wysunięte tarasy, gęsto obrośnięte roślinnością, między którymi prześwituje konstrukcja i niebo. Stoi w spokojnej, niewielkiej enklawie Claymore – kilka minut piechotą od zgiełku Orchard Road, ale wystarczająco daleko, żeby wieczorem było tu naprawdę cicho. Tuż przy hotelu, praktycznie za rogiem, stoi Palais Renaissance – niewielka, ale bardzo ekskluzywna butikowa galeria handlowa, a do stacji metra Orchard idzie się stąd ok. 10 minut.

Standard Pacific Club – pokój i lounge

Mieliśmy zarezerwowany pokój Pacific Club Balcony King – to standard, który automatycznie daje dostęp do Pacific Club Lounge na 11 piętrze. Sam pokój ma ok. 30 m², z prywatnym balkonem z sofą, fotelem i stolikiem – to właśnie z niego oglądaliśmy później poranną burzę. W środku: ogromne łóżko, 55-calowy telewizor z soundbarem, ekspres Nespresso, sejf, suszarka, szlafrok i kapcie, a w łazience – kabina z deszczownicą i kosmetyki Diptyque. Ciekawy detal: czujniki ruchu automatycznie przygaszają światło i klimatyzację, kiedy nikogo nie ma w pokoju. To mały, ale wymowny ukłon w stronę ekologicznych ambicji hotelu, który ma certyfikat BCA Green Mark Platinum. Za pokój na dwie noce, z podatkami i opłatą serwisową, zapłaciliśmy w sumie 1018,13 SGD, czyli w przeliczeniu ok. 2912 zł (ok. 1456 zł za dobę).

Dzięki rezerwacji typu Pacific Club mieliśmy też dostęp do Pacific Club Lounge – przestronnej, jasnej przestrzeni na 11 piętrze, z wewnętrzną i odkrytą częścią z widokiem na panoramę miasta. W cenie: śniadanie (7:00–10:30), popołudniowa herbata z lekkimi przekąskami (15:00–17:00) i wieczorne koktajle z przystawkami (18:00–20:00), a do tego codziennie uzupełniane napoje bezalkoholowe z minibarku, darmowe pranie dwóch sztuk ubrań dziennie i późne wymeldowanie do 16:00.

Pan Pacific Orchard - widok z tarasu
Pan Pacific Orchard - widok z tarasu

Atrakcje na terenie hotelu rozkładają się właśnie na te cztery tarasy. Forest Terrace na drugim piętrze to gęsty, tropikalny las z wodospadem i plecionymi "koronami" nad głową – tam mieści się Mosella, flagowa restauracja hotelu, serwująca kuchnię śródziemnomorską z peruwiańskim twistem (za nią stoi szef Pedro Samper), ze świetnym bufetem śniadaniowym (6:30–10:30) i daniami w stylu hamachi tiradito czy arroz de marisco.

Mosella - flagowa restauracja hotelu Pan Pacific Orchard
Mosella - flagowa restauracja hotelu Pan Pacific Orchard

Piętro wyżej, na Beach Terrace (5. piętro), czeka ogromny basen do pływania, ze strefą dla dzieci i barem, do którego można podpłynąć prosto z wody. Po zmroku basen podświetla się na niebiesko-fioletowo, co robi naprawdę ogromne wrażenie.

Pan Pacific Orchard - basen
Pan Pacific Orchard - basen

Do tego St. Gregory Spa, siłownie (w tym jedna na świeżym powietrzu) i całodobowa obsługa – więcej niż wystarczająco, żeby nie wychodzić z hotelu cały dzień, gdyby nie to, że za oknem czeka cały Singapur.

Burza, jakiej nie da się zaplanować

Drugi dzień mieliśmy zaplanowany na dalsze zwiedzanie Singapuru, ale od samego rana lało jak z cebra – w Singapurze burze potrafią być naprawdę spektakularne: niebo robi się ciemnogranatowe, błyskawice są niemal nieprzerwane, a deszcz pada tak gęsto, że z okna nie widać już sąsiedniego budynku. Całe przedpołudnie spędziliśmy więc na balkonie naszego pokoju, oglądając tę burzę z bliska – i, szczerze mówiąc, było to równie efektowne jak większość atrakcji, które mieliśmy w planie. Dopiero po południu się przejaśniło.

Popołudnie na Orchard Road

Kiedy się przejaśniło, poszliśmy na piechotę zobaczyć ulicę, którą śmiało można nazwać sercem ekskluzywnego Singapuru – Orchard Road, dosłownie kilka minut od hotelu. To ponad dwukilometrowy ciąg połączonych ze sobą centrów handlowych i butików, gdzie na metr kwadratowy przypada więcej luksusowych marek niż gdziekolwiek indziej w mieście: ION Orchard (Gucci, Prada, Dior i Louis Vuitton na pierwszym piętrze), Paragon, Ngee Ann City z domem towarowym Takashimaya, a tuż przy samym hotelu – wspomniana już Palais Renaissance, kameralna galeria, w której nie znajdziecie żadnej masowej marki, tylko same butiki klasy premium.

Ngee Ann City, jedno z najbardziej charakterystycznych centrów handlowych w Singapurze, położone przy słynnej Orchard Road – głównej ulicy zakupowej miasta.
 Ngee Ann City, jedno z najbardziej charakterystycznych centrów handlowych w Singapurze, położone przy słynnej Orchard Road – głównej ulicy zakupowej miasta.
 ION Orchard, jedno z najbardziej znanych i najbardziej luksusowych centrów handlowych w Singapurze, również położone przy Orchard Road
 ION Orchard, jedno z najbardziej znanych i najbardziej luksusowych centrów handlowych w Singapurze, również położone przy Orchard Road

Spacerowaliśmy bez konkretnego celu, głównie podziwiając architekturę centrów handlowych (ION Orchard ze swoją fasadą ze szkła i metalu wygląda jak coś z innej planety) i kontrast między klimatyzowanym chłodem wnętrz a wilgotnym powietrzem na zewnątrz.

Gardens by the Bay – pokaz świateł Supertree Grove i Cloud Forest

Na wieczór zaplanowaliśmy coś, czego nie robiliśmy jeszcze podczas pierwszej części pobytu w Singapurze: Gardens by the Bay i pokaz świateł Garden Rhapsody. Tu trzeba od razu sprecyzować, co jest darmowe, a co nie – bo łatwo wyjść z błędnego przekonania, że cały ten teren to bezpłatna atrakcja. Bezpłatne są tylko zewnętrzne ogrody i sam Supertree Grove z pokazem świateł.

Wejście na Evolution Walk we wnętrzu Cloud Forest – spacer wśród mgły i bujnej roślinności, pod szklaną kopułą Gardens by the Bay
Wejście na Evolution Walk we wnętrzu Cloud Forest – spacer wśród mgły i bujnej roślinności, pod szklaną kopułą Gardens by the Bay

Wejście do dwóch szklanych kopuł, Cloud Forest i Flower Dome, to już płatna atrakcja – łączny bilet (dorosły, cena dla nierezydentów) kosztuje 46 SGD, czyli ok. 132 zł, samo Floral Fantasy to ok. 24 SGD (ok. 69 zł), a wspomniany już OCBC Skyway – 14 SGD (ok. 40 zł). Tym razem zdecydowaliśmy się dokupić bilety właśnie do obu kopuł, więc zwiedziliśmy też część płatną.

Widok z górnego pomostu Cloud Forest – ścieżka wśród chmur zawieszona nad ścianą tropikalnej roślinności, z Marina Bay Sands widocznym przez szklaną kopułę
Widok z górnego pomostu Cloud Forest – ścieżka wśród chmur zawieszona nad ścianą tropikalnej roślinności, z Marina Bay Sands widocznym przez szklaną kopułę
"Temple of Sanctuary" – rzeźbiona altana z korzeni i gałęzi, otoczona storczykami, jedna z artystycznych instalacji w Cloud Forest
"Temple of Sanctuary" – rzeźbiona altana z korzeni i gałęzi, otoczona storczykami, jedna z artystycznych instalacji w Cloud Forest

W Cloud Forest, czyli sztucznej, spowitej mgłą górze, zobaczyliśmy jeden z najwyższych krytych wodospadów na świecie, a do tego, całkiem nieoczekiwanie, dinozaury – w czerwcu 2026 roku konserwatorium gościło wystawę "Jurassic World: The Experience" z animatronicznymi dinozaurami, w tym 8,5-metrowym brachiozaurem, oraz strefą, w której z bliska można obejrzeć "małe dinozaury".

Zardzewiały jeep rodem z "Jurassic Park", zarośnięty tropikalną roślinnością – nawiązanie do filmu ukryte wśród paproci Cloud Forest
Zardzewiały jeep rodem z "Jurassic Park", zarośnięty tropikalną roślinnością – nawiązanie do filmu ukryte wśród paproci Cloud Forest
Pterodaktyl rozpościerający skrzydła nad tropikalną roślinnością – jeden z eksponatów łączących prehistorię z bujną zielenią Cloud Forest
Pterodaktyl rozpościerający skrzydła nad tropikalną roślinnością – jeden z eksponatów łączących prehistorię z bujną zielenią Cloud Forest
Animatroniczna głowa raptora "Charlie" na hydraulicznym ramieniu – kulisy filmowej magii na wystawie Jurassic World w Cloud Forest
Animatroniczna głowa raptora "Charlie" na hydraulicznym ramieniu – kulisy filmowej magii na wystawie Jurassic World w Cloud Forest

Dla całej naszej czwórki wyszło to w sumie 184 SGD, czyli ok. 526 zł – naprawdę warto, bo to dwa zupełnie różne mikroklimaty i dwa zupełnie różne nastroje, oba dopracowane w każdym szczególe.

Supertree Grove nocą – gigantyczne "drzewa" spięte świetlistym pomostem OCBC Skyway, rozświetlone na czerwono podczas wieczornego pokazu
Supertree Grove nocą – gigantyczne "drzewa" spięte świetlistym pomostem OCBC Skyway, rozświetlone na czerwono podczas wieczornego pokazu

Gardens by the Bay i pokaz świateł Garden Rhapsody to zupełnie inny rodzaj spektaklu niż wieczorny rejs przy Marina Bay Sands – tu nie ma wody i fontann, tylko osiemnaście gigantycznych, sztucznych "Superdrzew" (od 25 do 50 metrów wysokości), z których dwanaście, stojących w tzw. Supertree Grove, co wieczór zapala się i "tańczy" w rytm muzyki.

Ta sama sceneria chwilę później – Supertrees zmieniają barwę na intensywny błękit i zieleń, jak żywy, cyfrowy las
Ta sama sceneria chwilę później – Supertrees zmieniają barwę na intensywny błękit i zieleń, jak żywy, cyfrowy las

Pokaz trwa ok. 15 minut i odbywa się dwa razy dziennie, o 19:45 i 20:45 – i, co miłe, jest całkowicie bezpłatny. Repertuar zmienia się co miesiąc; w czerwcu 2026 motywem przewodnim był "World of Fantasy" – muzyka inspirowana czarami, kosmosem, oceanem i dinozaurami, z lokalnymi wykonaniami piosenek z Małej Syrenki i Pinokia. Najlepiej usiąść albo wręcz położyć się na trawie prosto pod drzewami – widok z dołu, kiedy światła przesuwają się po koronach wysoko nad głową, robi dużo większe wrażenie niż z dystansu.

Finał spektaklu świateł – różowo-purpurowa iluminacja Supertree Grove, jednej z najbardziej charakterystycznych atrakcji Gardens by the Bay
Finał spektaklu świateł – różowo-purpurowa iluminacja Supertree Grove, jednej z najbardziej charakterystycznych atrakcji Gardens by the Bay

Zanim usiedliśmy na trawie, zjedliśmy coś w Jurassic Nest – klimatyzowanym, dinozaurowym food court, który stoi tuż przy samym Supertree Grove, czyli wciąż w darmowej części ogrodów. I to akurat naprawdę warto wiedzieć, bo to miejsce zbiera stoiska z prawdziwą, kulinarną renomą: jest tam Hawker Chan, czyli pierwsza na świecie hawker-restauracja, która w historii zdobyła gwiazdkę Michelin (dziś figuruje już jako rekomendacja, nie pełna gwiazdka, ale to wciąż legenda wśród kurczaka w sosie sojowym), Tsuta – pierwsza na świecie restauracja z ramenem, która taką gwiazdkę dostała, oraz Bismillah Biryani i Nasi Lemak Ayam Taliwang, obie z wyróżnieniami Michelin Guide (Bib Gourmand i Michelin Plate). Tani, szybki street food, ale z takim rodowodem, że trudno się nie uśmiechnąć, zajadając go pod plastikowym dinozaurem.

Wieczorem wróciliśmy do hotelu – następnego dnia czekał już na nas powrót do domu, przez Istambuł, znowu liniami Turkish Airlines. Tak skończyły się nasze dwa tygodnie między Singapurem i Bali: zaczęliśmy w kameralnym, budżetowym Waterloo Street, a skończyliśmy w oplecionej zielenią wieży nad Orchard Road – i, jak się okazało, obie wersje Singapuru były warte swojej ceny.

Czego nie robić w Singapurze – kary i mandaty

Singapur ma reputację najbardziej „wyregulowanego” miasta świata i nie jest to tylko stereotyp. Część przepisów naprawdę warto znać przed wyjazdem, bo kary bywają wysokie, a tłumaczenie „nie wiedziałem/am” raczej nie pomoże.

  • Guma do żucia

Oficjalne przepisy Singapurskiego Urzędu Imigracyjnego (ICA) jasno klasyfikują gumę do żucia jako towar zakazany. Próba wwożenia komercyjnych ilości tradycyjnych gum w bagażu jest nielegalna. Za nielegalny import grożą ogromne kary finansowe, a nawet więzienie. Samo żucie gumy nie jest nielegalne. Jeśli jednak wyplujesz gumę na ulicę, chodnik czy w autobusie, będzie to potraktowane jako śmiecenie, za które grozi grzywna nawet do 1000 SGD (ok. 2860 zł) za pierwsze wykroczenie.

  • Śmiecenie i plucie na ulicy

W Singapurze wyjątkowo poważnie podchodzi się do utrzymania czystości. Za śmiecenie lub plucie można otrzymać grzywnę od 300 do 1000 SGD (ok. 860–2860 zł) przy pierwszym wykroczeniu. Kolejne naruszenia mogą oznaczać znacznie wyższe kary, a recydywiści bywają skazywani na tzw. Corrective Work Order, czyli obowiązkowe sprzątanie ulic w odblaskowej kamizelce na oczach przechodniów.

  • Przechodzenie przez ulicę poza przejściem (jaywalking)

Przechodzenie przez jezdnię poza wyznaczonym przejściem jest wykroczeniem i może skończyć się mandatem. W praktyce często wynosi on 50 SGD (ok. 143 zł), ale w poważniejszych przypadkach lub przy recydywie sprawa może trafić do sądu, gdzie maksymalna kara sięga nawet 1000 SGD, a przepisy przewidują również możliwość kary pozbawienia wolności.

  • Palenie poza wyznaczonymi miejscami

W Singapurze obowiązuje zakaz palenia w większości pomieszczeń oraz w wielu miejscach publicznych na świeżym powietrzu, m.in. na przystankach komunikacji miejskiej, w pobliżu wejść do budynków i w licznych strefach oznaczonych jako wolne od dymu. Za złamanie przepisów grozi grzywna do 1000 SGD (ok. 2860 zł).

  • E-papierosy (vaping)

Tutaj przepisy są wyjątkowo surowe. E-papierosy są w Singapurze całkowicie zakazane – nie wolno ich kupować, sprzedawać, importować ani używać. Za złamanie przepisów grożą wysokie grzywny, a cudzoziemcy mogą dodatkowo narazić się na poważne konsekwencje imigracyjne.

  • Niespłukana toaleta publiczna

Tak, to naprawdę obowiązujący przepis. Pozostawienie niespłukanej toalety publicznej może zakończyć się mandatem – pierwsza kara wynosi zwykle do 150 SGD (ok. 430 zł), a przy kolejnych wykroczeniach może być znacznie wyższa.

  • Wandalizm

Tutaj nie ma miejsca na pobłażliwość. Za akty wandalizmu grożą wysokie grzywny, kara więzienia, a w przypadku poważniejszych przestępstw także chłosta (caning). To nie miejska legenda – takie wyroki rzeczywiście zapadają.

  • A co z okazywaniem sobie czułości?

Na szczęście nie trzeba się tym specjalnie stresować. Trzymanie się za ręce, przytulanie czy krótki pocałunek na powitanie lub pożegnanie są w Singapurze całkowicie normalne i nikogo nie dziwią. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy zachowanie ma wyraźnie seksualny lub nieprzyzwoity charakter – w takich przypadkach może zostać uznane za naruszenie porządku publicznego i skutkować grzywną, a w poważniejszych sytuacjach również odpowiedzialnością karną.

Brzmi to wszystko bardzo surowo, ale w praktyce turyści rzadko mają problemy z singapurskim prawem. Przepisy mają przede wszystkim pomagać w utrzymaniu porządku i czystości w mieście. Wystarczy kierować się zdrowym rozsądkiem: nie śmiecić, korzystać z przejść dla pieszych, palić tylko w dozwolonych miejscach i przestrzegać lokalnych zasad. W zamian Singapur odwdzięcza się niezwykłą czystością, bezpieczeństwem i spokojem, których trudno szukać w wielu innych metropoliach.


Comments


bottom of page